poniedziałek, 30 stycznia 2012

prezent urodzinowy

nie, nie zosi, moj, juz tak dawno go dostalam, ale zapomnialam sie wam pochwalic, taki malutki, a jaki potrzebny, juz pierwszego dnia sie przydal, zosia przyniosla mi ze spaceru malutka galazke choinkowa, taka w sam raz do tego wazonika, ilez to razy wyciagalam kieliszki na te najmiejsze z najmienszych zielonych podarunkow. not any more ;)
marta dzieki, jest naprawde piekny!


pan hilary?

sama nie wiem, takie bylo moje pierwsze skojarzenie, a wam kogo przypominaja?



panienki na kolacje

tak zosia nazwala to danie, jest malo estetyczne, ale duzo zabawy przy robieniu.





parowki to fajny material do nauki krojenia, a lamanie makaronu zawsze jest smieszne, bo mozna skosztowac, troche skacze, ucieka, trzeba go lapac, strzela w nos. wbijanie go w parowki was zaintrygowalo. a ugotuje sie mamo? ale przeciez parowek nie trzeba gotowac?
no tak, nie trzeba ale mozna, tylko czy wytrzymaja 9 minut gotowania? troche sie obawialam, ale daly rade jak widac. zosia jadla rekami obcinajac najpierw panienkom wlosy, adam oczywiscie z keczupem, uczyl sie wciagac makaron, nie szlo mu to najlepiej. zosia jest natomiast specjalistka w tej dziedinie, ale suchy makaron to jej danie numer jeden.

jak to jest

ze dzieci tak bardzo lubia gilgotki?


adam lubi gilgotac zosie: 'giji giji mama, zobilem josi giji giji!!!'


ja niecierpie jak mnie ktos gilgocze, nawet dzieci, ale sama owszem lubie to robic, lubie sluchac tego smiechu na cale gardlo. zosia ciagle prosi o wiecej, adam nie az tak bardzo. jednym palcem, cala reka, czasami wystarczy udawac ze sie gilgocze i juz sie smieja, czy to idzie myszka, czy rak, czy ulubiony nalesnik. zosia nie ma dosc.

niedziela, 29 stycznia 2012

nie jest dobrze

poza tym, ze cos zaczela mnie rozkladac choroba w tym tygodniu, to dzis rozbolal mnie nagle kolo 12 kark, tak jakby mnie przewialo, tylko ze bylismy w muzeum nauki dla dzieci, przeciagow tam zdecydowanie nie bylo. w sobote rozbolalo mnie srodstopie, ze a kulalam, serio! dzis schodzac ze schodow udezylam dlonia w lamperie i wbilam sobie 3 drzazgi pod paznokiec! 2 usunelam natychmiast, trzecia dopiero w domu wieczorem, za pomoca skalpela. acha pekla mi jeszcze wyjatkowo bolesnie (bo peka mi czesto, ale jakos strasznie nie boli) skora na wskazujacym palcu i kciuku. wydaje mi sie, ze to zdecydowanie za duzo. poza tym nakrzychalam na zosie 2 razy, przy ludziach, ze tak powiem, nieladnie...moze to przedimprezowe nerwy? zamiast sie cieszyc, ze beda goscie, to sie zamartwiam jak bedzie. zeszloroczna impreza jawi mi sie jako koszmar: tlok, smutna zosia, my tak zalatani, ze zabraklo rak do robienia zdjec. w tym roku inna strategia, malo  gosci (zosia kreci nosem) troche wiecej miejsca (nie do konca, bo nie udalo mi sie kupic nowej sofy i wyrzucic starej wersalki i komody, krece noesem)
najwanejsze, ze beda ci najwazniejsi: goscie, na ktorych zawsze czekamy, ci z daleka i z bliska.

aaa, i jescze przypadkowo zostawilam zosi prezent na lozku i go zobaczyla!!!

a z dobrych wiadomosci, to bylismy dzis na obiedzie u lucji i ladistava, byla tez ania z krzysiem. fajnie, bo cos dawno sie z nimi wszystkimi nie widzielismy. przy okazji poruszylam z ania temat preentow urodzinowych dla zosi, czy to mozliwe, ze na 4 prezenty jakie dostanie 2 beda podobne? chyba mozliwe, pamietam dokladnie, ze w zeszzlym roku adrian, nasz sasiad z dolu dostal 3, slownie TRZY takie same prezenty, marbel run anyone? ;)))

środa, 25 stycznia 2012

co na podwieczorek?

ja chcialam jagodowe muffinki, zosia czekoladowe. problem rozwiazal sie sam. znalazlam przepis na 16 muffinow ;) do blaszki weszlo 12 jagodowych, a 4 czekoladowe upieklam osobno.
'tea partry' zosia juz jakis czas temu narysowala, dzis sie ladnie mi tu wkaponowal, taki niby mily i sympatyczny, ale z lekkim dresczykiem jak sie czlowiek przyjrzy ;)























mialam kiedys takie hobby, lubilam fotografowac to co ugotowalam i gdzies tam sie to w seci publikowalo. wspominam te czase bardzo milo, gotowalam duzo 'nowego', robilam zakupy co drugi dzien. gotowanie mnie bawilo. teraz mysle bardziej co by tu zrobic, zeby wsystkich za jednym daniem zalatwic ;)
od czasu do czasu spotykam w interneci blogi ludzi, ktorzy bawili sie wtedy razem ze mna. oj maly jest ten swiat, maly...

przylapani



udalo mi sie z aparatem doleciec, prawie nogi polamalam.
adam jest z tych przytulajacych, chetnie caluje wszystkich na powitanie i pozegnaie, zosia to przeciwienstwo, niecierpi powitan i pozegnan w szcegolnosci. adam ja troche ze tak powiem naprawia, coraz czesciej sie do nas przytula, mysle, ze dzieki bratu.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

wspomnienie dziecinstwa

o smak tym razem idzie. choc zazwyczaj sa to w moim przypadku zapachy.
zaczelo sie niewinnie, moja wlasna mama zaproponowala, ze moze jednak jakis syropek bym wziela, bo ten kaszel jakos mi sam nie przechodzi. w odpowiedzie sie zasmialam, ale cos w glowie zaswitalo. wieczorem przeszlam sie do polskiej apteki, o dumnej nazwie szopen. tam dostalam syrop o pieknej nazwie: 'flegamina'. nie wiem dlaczego, ale spodziewalam sie flegaminy w tabletkach, moze myslalam, ze bedzie tansza? w kazdym razie nabylam buteleczke (poprosilam tez o jakies probki kremow, bo mi sie wszystko skonczylo, uprzejma pani oczywiscie zapytala, jaka mam cere, niegdy nie wiem co odpowiedziec, zdecydowalam, ze 'nieciekawa' najlepiej ja opisuje, pani sie zasmiala, zapytala, jeszcze czy powiekszone pory miewam, no wiecie co, pytac o cos tak oczywistego w moim przypadku) ale ja mialam o syropie. w domu przeczytalam instrukcje. nalezaly mi sie 2 lyzeczki do herbaty ;) tylko ze ja nie uzywam lyzeczek do herbaty, bo nie slodze, a malych mam 2 rodzaje, z czego raczej zaden nie odpowiada polskiemu rozmiarowi mala lyzeczka, tak mysle.... pozwole tu sobie, na uwage. kiedy w polsce cos zrobia z tymi miarami? no jak ja mam odmiezyc szklanke maki? czy ktos jeszcze w polsce uzywa szkanek 'szkanek' ? wiem, wiem, to tylko syrop wykrtusny, ale smiac mi sie zachcialo.
jak tylko skosztowalam syropu przenioslam sie na rozane. syropy w trakcie uzywania/chorowania staly w kuchni na blacie kolo klatki z kanarkiem. ciezko blylo je zakrecac, bo mialy ocukrzony gwint. ta dzisiejsza mietowa flegamina smakowala jak jeden z nich.
ciekawe czy moje dzieci beda wspominaly smak tylenolu czy motrinu.....;)

tak ze u nas, nie liczac mojego 'kaszelku', wszyscy udpukac zdrowi. adam ulegl dzis malemu wypadkowi. po dlugiej porzerwie odwiedzili nas swiezo z polski powrocenie sasiedzi z dolu, adriam i olus. tak ze na dzien dobry olus rzucil zosie owocem kiwi, niestety nie byl to prawdziwy owoc, tylko jego drewniana wersja, lzy polecialy jak grochy, pytanie dlaczego rzucil pozostanie  bez odpowiedzi...potem tenze sam olus zamknal drzwi razem z adama reka (po stronie zawiasow) powiem tak, tu nie upatruje sie niczyjej procz adama winy, ale reka skasowana boli jak cholera i tyle. mysle ze paznokiec mu zejdzie. tym oto sposem byc moze naucza sie w koncu, ze zabawa drzwiami, moze byc bardzo, bardo bolesna w skutkach.

czwartek, 12 stycznia 2012

pachnaca maka




zosia bawi sie tym wynalazkiem juz drugi tydzien. pachnie pieknie, mozna robic babki, torty, babeczki, wulkany, co komu do glowy przyjdzie. nie odwazylam sie dac tego adamowi, jakos sie boje, ze balagan by mnie przerosl... nie wlepia sie toto w material, mozna to normalnie ze wszytskiego strzepac. zosia stwierdzila, ze to jest jej ulubiony zapach. sama tez bardzo go lubie, zapach noworodka, czyli babyoil. 4 kubki maki plus kubek babyoli i mozna sie bawic.

ile dni moze bolec glowa?

pewnie moze dluzej niz bolala mnie, ale wole sie o tym nie dowiedziec, a glowa bolala mnie tak ze 3 dni. polamalo mnie w sobote, w niedziele bylo o niebo gozej, w poniedzialek totalna masakra, we wtorek jeszcze bolala mnie troche glowa, ale juz nie tak bardzo, wzielam jakies migrenowe tabletki, pomogly, a w srode zaczelo mnie bolec ucho ;) ze juz nie wspomne o bolu gardla tegoz samego dnia wieczorem. nie wiem co mnie dopadlo, ale niezle mnie przetrzepalo. w niedziele bylo mi tak zimno, ze chodzilam po domu w 2 swetrach, swojej najgrubszej czapce i welnianym szaliku, adam chodzil za mna i pytal: 'mama nie idzie?'.
tak ze zosia jeszcze w tym roku do przedszkola nie dotarla, w zeszlym tygodniu chorowal adam, a w tym ja. mysle ze nie bede sie wyglupiala i w piatek jej wiozla.
poza tym to jeszcze kwarantanna, z nikim sie nie widujemy. bylismy raz na zakupach i raz na placu zabaw. tyle naszego. ania zrobial nam nadzieje na weekendowy snieg, ktorego jednak u nas nie bedzie jeszcze, no wiesz co ania, ja ta wiadomosc juz do polski przekazalam! ;)
a wizyte na placu zabaw spedzilam na telefonie, i nie byly to przyjemne konwersacje z kolezankami. na chodniku kolo parku lezal juz bardzo sztywny kot. zadzwonilam, zeby go ktos zabral, na koniec rozmowy zawsze sie pytaja, czy moze mam cos jeszcze do nich. a mi sie przypomniala ze owszem, mam. zakablowalam albanskie towarzystwo dziadkow wiecznie palacych papierosy na tymze placu zabaw. wkurzalo mnie to juz od jakiegos czasu, wiec tak przy okazji ich 'zalatwilam'. niestety okazalo sie, ze miasto nie ma srodkow, na tego typu operacje i pewnie nic tym telefonem nie zdzialalam, mysle, ze jakby jednemu wlepiec mandacik, to by sie wiecej nie odwazyli....w takim central parku to nikt sie palic nie odwazy,a tu siedza, pala codziennie i nikogo to nie obchodzi...

piątek, 6 stycznia 2012

o goraczce adama

o 5 wyladowalismy u pani doktor, pielegniarka zmierzyla adamowi temp. mial 104.5, podala mu ibuprofen, za 10 minut sprawdzila raz jeszcze, tym razem bylo 106. poleciala do pani doktor a ta przybyla blyskawicznie i zaczelaysmy drastyczna akcje obnizania temperatury, czyli dodatkowa porcja tym razem acetaminofenu, adam rozebralam do naga i zaczelysmy okladac do mokrymi recznikami, temp nie spadala, skoczyla z jednej strony cial do 108 stopni, prawdopodobnie wynikiem mocego przytulania do mamy, milam na sobie gruby sweter. spedzilismy w gabinecie poltorej godziny, nie czulam czasu, wydawalo mi sie, ze wszytsko trwalo 15 minut. w kocu temp spadala, po wykonaiau wszelkiego rodzaju testow wymazowych, ktore nic nie wykazala, pani doktor stwierdzila, ze to grypa. a ja na to: 'grypa grypa?' tak.
adam przez caly czas wyl i krzyczal donosnie: 'ja nie CHOLA'. zartownis jeden, 42 stopnie goraczki a ten ze nie chory...a temp jak spadla tak juz na szczescie nie urosla.

czwartek, 5 stycznia 2012

sylwestrowa powtorka z rozrywki


czyli kolejny sylwestery w tym samym miejscu w powiekszonym gronie, rownie fajnie spedzony, a nawet powiem ze fajniej. bethany beach, delaware. jedzie sie tam kolo 5 godzin, ale kazdy troche spal (no prawie kazdy ;) wiec jakos nam ta podroz minela. na miejscu czekali juz na nas ania, krzys ala i damian oraz magdalen a mezen dennym i dziecmi, czyli zosia, ania i maksem. marty z artkiem nie bylo, udali sie na zakupy, nie dlatego ze pelno tam sklepow fabrycznych, a po swietach jest pelno obnizek, tylko dalatego, ze zapomnieli walizki z ciuchami, haha, bardzo smieszne ;)



dzieci sie juz nie mogly siebie doczekac, adam cala droge w aucie pytal o oliwie i olafa. zosia byla doslownie rozchywtywana, alicja i olaf bardzo chcieli sie z nia bawic, udalo sie w 3, a nawet 4 bo niejednokrotnie adam do nich dolaczal. a co to byly za zabawy, ah ciocia ola, ktora wlasnie otrzymala na nowy rok nowy mandat, byla oburzona, ze dzieci bawia sie w policjantow i daja mandaty zamiast bawic sie we wrozki i czarowac, no tak, wrozki sa ciociu zbyt oklepane ;)
mandatami byla niebieska tasma klejaca, ktora doprowadzila emila nie raz do rozstroju nerwowego, no nie lubi jej widziec i tyle ;)
zosia rozdawala po 3 mandaty, warto wyjasnic dlaczego. historia wiaze sie bezposrednio z naszymi mandatowymi przezyciami z poczatku grudnia. mianowicie niemaz zaparkowal auto w srode na zwyklym miejscu na ulicy, ktore niedawno, lub np w czwrtek stalo sie miejscem niezwyklym, w ktorym parking jest zakazany, a ze jak auto w srode parkujemy, to generalnie ponownie ruszamy sie nim dopiero w sobote dostalismy 3 mandaty, jeden we czwartek, jeden w piatek i jeden w sobote, a dodatkowo, bo 3 mandaty to malo, w sobote auta juz nie bylo na zakazanym miejscu parkingowym, bo policja je zabrala, kolejna oplata, bo to juz nie mandat?
cala mandatowa impreza kosztowala nas, bagatela, 600 dolarow.

ostatni dzien roku spedzilismy na palzy, coniektorzy ganiali na bosaka, inni zasneli na przytulnych kolanach mamy (czytaj damian) byly skoki przez fale, budowanie zamku, lizaki, czasem tak zapiaszczone, ze az ciarki milam na sam widok. ciezko bylo mi uwierzyc, ze to grudzien, ostatni dzien grudnia. 







 w domu czekalo na nas moje chili (ja musze o jedzeniu, no musze) bardzo dobre, caly czwartek sie robilo! a po poludniu jeszcze raz wyskoczylismy do miasta. zosia sie zalamala, sklep z cuksami byl zamkniety. na szczescie lodziarnia byla otwarta. i frytkarnia serwujaca przepyszne frytki.

wieczor byl jakis taki niegramotny, ze juz myslalam, ze imprezy nie bedzie, a chec do zabawy mialam. adam w pewnym momienie zrobil sie mega czerwony, dostal syrop i polozylam go spac. zosia z olafem uzedowali do 10, zrobili nam mnustwo salatek na jutro, uwiezcie mi, nie chceli bysce kosztwac. zosia poprosial o zrobienie zdjecia salatce, skad ona to wziela ? ;)









w koncu kolo 11 impreza zaczela sie rozkrecac, denny zaserwowal mi najzwyklejszego drina na swiecie, posmakowal, az za bardzo, bo bol glowy praktynie nie opuscil mnie przez caly nastepny dzien. muze choplaki taka puszczali, ze z parkietu nie schodzilysmy, bylo koncertowe rzucanie sie z lawy (oliwia ania i marta, krzys krzykna teraz artek i wszyscy uciekli gromko sie smiejac ;) byla zabaw w 'wszyscy tancza tak jak ja' ktos wymyslil skoki na sofe, ktore sie dla sofy troche zle skonczyly ;) krzys zatanczyl z niemezem, niestety nie mam zdjecie, bedzie musieli mi na slowo uwierzyc. oliwia i zosia b wytrzymaly do polnocy! a na koniec dolaczyl do nas adam, ztanczyl kilka piosenke i poszlismy spac.
a jaka piosenke najbardziej zapamietalam? babe zeslal bog renaty przemyk, chyba kazdemu po 2 razy powiedzialm, ze bylam na jej koncercie, chwalilam sie conajmniej, jakbym na nkotb byla ;)
jak mozna sie spodziewac, im lepszy sylwester, tym gorszy nowy rok? udalo mi sie wstac kolo 9, choc glowa podpowiadala, zeby jej nie ruszac z miejsca. na sniadanie jajecznica krzysia, przepyszna, postawila mnie na nogi! potem jeszcze raz na plaze (adam juz byl ciagle na przeciwgoraczkowym syropie, choc nie wygladal na chorego) w celu nie tak oczywistym, a moze wlasnie? krzys i artek postanowili zostac morsami i w towarzystwie setki innych wariatow wykapali sie w oceanie! wow, podziwiam, choc nie dla mnie takie atrakcje ;)
potem wizyta w sklepie z cukierkami, niestety musialam sie szybko z tamtad ewakuowac, bol glowy wydawal sie nabierac tam niespotykanej mocy. na szczescie na lawce czekal uzdrowiciel, artek z wiaderkiem frytek. jeszcze raz poszlismy na plaze. tym razem bylo ciut mniej przyjemnie, wialo.
jeszcze raz o jedzeniu napisze, to juz ostatni w tym poscie. na obiad byl polski obiad. prawdziwe mielone, buraczki i ziemniaczki!!! ania pyszne to bylo.
to byl bardzo fajny wyjazd, to byl bardzo mile spedzony weekend.
wrocilismy pedem w poniedzialek, adam goraczka siegnela w moich oczach zenitu, 104.5 czyli ponad 40 stopni, a miala mnie jeszcze bardziej zaskoczyc, ale o tym to moze jutro bo to juz polnoc. dobranoc.